Kiedy mój syn miał półtora roku, zaszłam w drugą ciążę. Miałam wtedy 37 lat, co w Europie oznaczałoby ciążę wysokiego ryzyka, z mnóstwem badań i przeciwwskazań. Jednak ja byłam w Meksyku i zdecydowałam się na alternatywną opiekę położniczą w prywatnym centrum porodów. To była zupełnie inna rzeczywistość niż ta, którą znałam z Polski.
Położne w centrum porodów badały mnie poprzez powłokę brzuszną, wyczuwając ułożenie i rozmiar dziecka, a tętno płodu mierzyły stetoskopem. Przez całą ciążę nikt nie badał mnie dopochwowo. Wykonywałam podstawowe badania krwi i USG. Wyniki były doskonałe, czułam się świetnie i pełna energii.
Mój pierwszy poród odbył się w szpitalu w Polsce. Chciałam być blisko rodziny, więc na miesiąc przed rozwiązaniem poleciałam do Polski. Jednak zawsze marzyłam o porodzie w domu. Tym razem byłam pewna, że chcę urodzić córkę w domu, pod opieką położnej w Meksyku. Moja położna miała niesamowitą wiedzę i praktykę, a nawet doktorat. Byłam pewna, że jestem w dobrych rękach.
Jednak kiedy dziecko powinno być już ułożone główką w dół, okazało się, że nie jest. Położna zaleciła mi cały zestaw ćwiczeń, aby dziecko się obróciło. Ćwiczyłam zacięcie, płakałam, ale nic się nie zmieniało. Bardzo bałam się meksykańskiego szpitala, o którym słyszałam traumatyczne historie.
W tamtym czasie chodziłam na terapię, ponieważ przystosowanie do nowego życia w nowym kraju i na nowym kontynencie było trudne. Do tego pojawiły się problemy w związku. Choć byłam aktywna i zajmowałam się malutkim synkiem, często ogarniał mnie smutek.
Moja terapeutka powiedziała mi wtedy coś, co zmieniło wszystko: „Musisz znaleźć czas dla siebie i nawiązać kontakt z sobą samą. Poczuj swoją kobiecość. Porozmawiaj z córką. Poczuj ją. Połącz się z sobą i z nią.”
Zamknęłam się sama w pokoju i namalowałam obraz, który widzicie na zdjęciu. Włożyłam w niego całą moją czułość, delikatność, kobiecość i smutek. Rozmawiałam z córką. Kilka dni później miała odbyć się ostatnia konsultacja, aby podjąć decyzję o szpitalu. Partner i rodzina nie pozwoliliby na poród pośladkowy, choć moja położna miała doświadczenie w takich porodach.
Podczas ostatniego badania przez brzuch, położna uśmiechnęła się i powiedziała: „Dziecko jest idealnie ułożone w kanale rodnym. Jesteście gotowe.” Ze szczęścia zalałam się łzami. Do dziś płaczę na wspomnienie tego momentu.
Mila urodziła się krótko po tym, w wyznaczonym terminie. W domu. Było intensywnie, szybko i pięknie. Za każdym razem, kiedy patrzę na ten obraz, wzruszam się na wspomnienie cudu.
Dlaczego Wam to opowiadam? Dla mnie to opowieść o cudzie, wierze, zaufaniu do natury i o tym, jak ważny jest kontakt z sobą samą oraz ze swoją kobiecością, naturą i emocjami w takich momentach jak ciąża czy poród. To również historia o magicznej więzi, jaką możemy nawiązać z naszym dzieckiem jeszcze przed jego narodzeniem.
W kolejnym wpisie opowiem Wam o porodzie w domu. A tutaj obraz w całości:

Zapraszam do dzielenia się Waszymi historiami i przemyśleniami w komentarzach. Jakie są Wasze doświadczenia związane z porodem i ciążą? Czy miałyście podobne chwile, które na zawsze pozostaną w Waszej pamięci?

